Legenda

Zapewne drogi czytelniku zastanawiasz się często skąd nazwa Redecz Krukowy się wzięła?

Kiedy tak nazywać ją zaczęto? Chcesz aby Ci pomóc odpowiedzieć na te pytania? Przeczytaj proszę poniższą opowieść. Nie musisz wierzyć w jej treść. To tylko legenda. Mogło ich być wiele a każda jednak z pewnością zawiera choć małe ziarenko prawdy.

Z Redczem Krukowym mogło być tak, jak opowiadała mi 50 lat temu, ciocia Bronisława Bartoszak, niezrównana piewczyni piękna Kujaw, córka kowala dworskiego Antoniego Bartoszaka ze Świesza, Osłonek i Kuczyny, kiedy ją o to zapytałem, również mieszkanka Redcza Krukowego, Dąbia Kujawskiego, Osłonek i Warszawy.

Dzień miał się ku końcowi. Krwistoczerwone słońce chowało się z wolna za widnokręgiem a błękitne, do tej chwili, niebo zaczęło przybierać coraz ciemniejsze odcienie granatu. Wśród kniei nieprzebytej kujawskiej puszczy słychać było ostatnie śpiewy ptaków dziennych, które powoli zaczęły układać się do snu a także groźne nawoływania watach wilków szykujących się na żer.

Było jednak coś co zakłócało naturalny rytm życia lasu.

Pośród drzew, z dala od głównego gościńca, przedzierała się drużyna zbrojnych. Na czele drużyny pierwszy kroczył niezwykle mężnie zbudowany rycerz o twarzy srogiej i oczach dzikich. Był nim pan tutejszych ziem nieustraszony – Rydec.

– Do grodu jeszcze pół dnia drogi – rzekł nagle ów dzielny wojownik – nie zdążymy do niego dotrzeć nim zapadnie noc. Musimy bracia dziś przenocować w progach tego niegościnnego leśnego grodziska.

– Oby Bóg raczył nas ocalić przed czyhającymi wokół niebezpieczeństwami – odrzekł jeden z towarzyszy.

– Boisz się, mój drogi Biezdziadzie?

-Nie Panie. Tylko zwierza rozmaitego wokół pełno, a i nieprzyjaciel… Najwyższy raczy wiedzieć gdzie się mógł ukryć.

– Bóg jest z nami. On zawsze pomaga uciemiężonym swym sługą włączył się do rozmowy Mszczuj.

– A czyż wrogowie nasi nie noszą na płaszczach świętego Krzyża Pańskiego? Czyż nie Najświętszą Panienkę za patronkę swą mają? Czy…

Biezdziad, nie zdążył jednak dokończyć swej wypowiedzi, gdyż w tej chwili przerwał mu ją rozkaz Rydca.

– Z koni wielmożni rycerze. Tu na tej polanie dziś spoczniem. Wy dwaj – skinął ręką na Biezdziada i Mściwoja – zaciągniecie pierwszą straż. Reszta oporządzić konie i przygotować posłania. Rano ruszamy!

Ranek który przywitał dzielnych rycerzy Rydca był niezwykle zimny. Wrześniowe niebo zasnute było chmurami przez które bardzo nieśmiało przebijały się pierwsze promienie słoneczne. Nastrój grozy potęgowała mgła która swym gęstym płaszczem szczelnie otuliła całą okolicę. W lesie panowała niezwykła cisza, tak przenikliwa, iż nawet na zaprawionych w walce wojach powodowała dziwne uczucie niepewności. Narastające napięcie przerwała głośna komenda dowódcy.

-Na koń mości panowie!

W mgnieniu oka cała drużyna była gotowa do dalszej podróży. Dzień robił się pogodniejszy.

Delikatny wiatr rozganiał kłębiące się dotychczas na niebie chmury a słońce wzbijało się coraz odważniej na nieboskłonie. W chwili gdy, a było to w okolicach południa, zmęczeni wędrowcy, stanęli na skraju lasu ich oczom ukazało się duże warowne grodzisko.

-To jest moja siedziba – przemówił głośno do współtowarzyszy Rydec – tutaj poczekamy na wiadomości od króla. Słyszałem bowiem wieści – kontynuował swą wypowiedź – że miłościwy nam panujący król Władysław nadciąga z wielką siłą zbrojnych aby ulżyć swym poddanym i pomścić nieprawości dokonane przez braci zakonnych jakich przez długie lata dopuszczali się na tejże królewskiej ziemi.

– Ciekaw jestem czy wiadomości te pewnymi są zapytał Biezdziad. Nie usłyszał jednak żadnej odpowiedzi.

Siedziba Rydca była niezwykle okazałą. Grodzisko okolone było potężnym wysokim wałem z palisadą. Od strony północnej znajdowała się brama z dwiema wieżami strażniczymi, na których szczytach łopotały dwie flagi. Po lewej stronie była to chorągiew królestwa polskiego – biały orzeł na czerwonym tle Po prawej zaś powiewał na wietrze sztandar ziemi kujawskiej.

Na którym to widniał, w polu złotym dwudzielnym w słup, półlew czarny i półorzeł  czerwony, zwieńczone wspólną koroną złotą.

Kiedy drużyna zaczęła się zbliżać do celu Rydec wyciągnął potężny róg myśliwski, w który zadął z całych sił aby dać sygnał pozostawionym w grodzie strażom o swoim powrocie.

Gdy tylko bramy grodu rozwarły się naprzeciw wędrowcom wybiegł mały chłopiec o kruczoczarnych włosach opadających na ramiona. Był to pierworodny syn Rydca Dobromir.

– Radam cię widzieć drogi mężu – rzekła krocząca tuż za malcem kobieta – bałam się już, że co złego wam się stało, tyle niebezpieczeństw wokół czyha.

– Masz rację droga żono, czasy dziś bardzo niespokojne. Wielu już naszych druhów wyszło i nie powróciło z drogi. Bóg raczył jednak nas oszczędzić i żadnych zasadzek na drodze nie postawił.

Kiedy jeszcze Rydec rozmawiał z żoną, naprzeciw niego stanął jego młodszy brat Rościsław.

Ów, sprawował pieczę nad grodem i jego mieszkańcami za każdym razem kiedy Rydec miejsce rodzinne opuszczał. Tradycja to bowiem była prastara, że gdy pan danych włości na jakowąś wyprawę ruszał namiestnikiem dóbr swoich czynił najbardziej zaufanego ze swych ludzi aby ten miał baczenie na wszystko co się wokół dzieje. A sami mieszkańcy grodu opuszczonymi się nie czuli.

– Co w grodzie słychać? Wszyscy zdrowi? zapytał Rydec.

– Gród cały zdrowiem się cieszy. Drogi bracie.

– Niezmiernie wielką radością dla mnie jest wiadomość takową usłyszeć.

– Cóż, zatem w okolicy się dzieje? Gdzież nasze wojska? Skąd wróg nadciąga? Nie maszli jakowychś informacji na ten temat?

– Nie dalej jak trzy dni temu, posłańca królewskiego gościłem. Wszystko ci opowiem podczas posiłku, który to kazałem dla was sprawić na powitanie.

Po tych słowach rycerze zsiadłwszy z koni udali się do wskazanej im przez gospodarza chałupy. Złowroga armia zakonna spod Kalisza w odwrót ruszyła. Król nasz miłościwy naciskał na nich a ci nie dostawszy posiłków czeskich, oblężenia zaniechali.

– Okropne jednak dalej krzywdy „pobożni bracia” dalej czynią. Miasta łupią, kościoły palą!

– Żadnych nawet najgorszych gwałtów zaniechać nie potrafią – wtrącił nieśmiało jeden ze stojących obok Rościsława rycerzy.

Długo jeszcze rycerze rozmawiali o tym jak „pobożni bracia” całe wsie na szubienicach wieszali i o tym jak wojska prowadzone przez wielkiego szpitalnika Hermana von Ottingena gwałty najgorsze w miastach czyniły. Ów, Herman do najstraszniejszych dowódców krzyżackich należał. Żadnej bowiem świętości nie uznawał i na każdą niegodziwość był się w stanie zdobyć. W Sieradzu, przeor dominikanów, Mikołaj widząc gwałty i rzeź w samym kościele, padł do nóg rzeczonego komtura elbląskiego którego znał osobiście i zaczął go błagać o litość dla świętego przybytku. Ten jednak nie zważał na prośby duchownego.

Rankiem następnego dnia śpiących jeszcze rycerzy obudził dźwięk rogu. Kiedy Rydec udał się na wierzę aby zobaczyć któż to w jego progi przybywa zobaczył pod bramą grodową sporą grupę rycerzy.

– Ktoście wy! – zapytał donośnym głosem Rydec.

– Myśmy rycerze ze straży przedniej Wincentego z Szamotuł odrzekł rycerz siedzący na czarnym koniu.

– Nasz pan od samego Kalisza ściga komtura Otto von Lutterberga. Trzy dni z koni nie zsiadaliśmy, wielce zmęczeni jesteśmy. Otwórzcie bramy i pozwólcie nam skorzystać z gościny waszej.

W tej chwili, potężne okute w żelazo dębowe wrota zaczęły się powoli otwierać.

– Niech Bóg wam błogosławi dobrzy ludzie. Gdzie jest Pan tych dóbr – zapytał rycerz który jechał na czele.

– Jam nim jest – odrzekł Rydec

– Pokaż nam zatem gdzie możemy konie nasze napoić, nakarmić i oporządzić aby do dalszej drogi były gotowe.

– Służba! zakrzyknął Rościsław – słyszeliście czego mężom tym trzeba, dalejże brać się do roboty. A chyżo!

– Pozwolicie szlachetni bracia, że my też odpoczniem. Pan nasz pół dnia drogi za nami. Wysłał nas przodem abyśmy jakowyś przyczółek znaleźli gdzie na króla Władysława  poczekać będzie mógł, jednak wokół grody spalone ludzi w nich nie ma. Tylko wasz się ostał.

– Dlategoż pewnie, że w lesie i wśród bagien ukryty jest – zauważył przytomnie Biezdziad.

– Wieczorem w okolice rydeckiego grodu, niemalże jednocześnie, nadciągnęły z dwóch stron wojska króla Władysława i rzeczonego wcześniej Wincentego z Szamotuł. Widok tak dużej gromady zbrojnych niezwykle rozradował serce Rydca i całej jego świty.

Rankiem następnego dnia, gdy księżyc jeszcze nie ustąpił miejsca słońcu wojsko polskie ruszyło w stronę Radziejowa aby tam uderzyć na oddziały krzyżackie. Po zaledwie kilku kilometrach marszu – pod wsią Płowce – wśród wyjątkowo gęstej mgły straż przednia wojsk polskich dowodzona przez Wincentego z Szamotuł spotkała się ze strażą tylną wojsk krzyżackich marszałka Altenburga.

– Krzyżacy! krzyknął dowódca straży.

I w tejże samej chwili miecze dwóch armii splotły się w śmiertelnym uścisku. Na przedzie wojsk polskich wyjątkową odwagą i męstwem odznaczał się Rydec. Który to podczas trzeciego, decydującego o losach bitwy ataku strzelił z kuszy do konia na którym siedział chorąży krzyżacki – brat Iwan. Choć chorążemu nic się nie stało, to żaden z rycerzy zakonnych nie był w stanie podnieść przytroczonej do siodła chorągwi. Jej nagłe zniknięcie, wywołało błyskawiczną panikę w wojsku zakonu. Zwarte szeregi krzyżackie zostały rozerwane, a oddział Altenburga rozbity. Sam wielki marszałek, ciężko ranny w twarz, dostał się do niewoli.

Radość wojsk polskich była ogromna. Rydec, będąc mężem niezwykle skromnym stał z boku, gdy ogół rycerzy zastanawiał się jak zwą tego któremu zawdzięczają zwycięstwo. Wtem, od strony Brześcia zaczęły, nadciągać nowe chorągwie niemieckie, które z pewnością zaskoczyłyby świętujących Polaków gdyby nie roztropność rycerza Rydca. On bowiem pierwszy podniósł larum i ostrzegł króla i resztę wojsk polskich przed nadciągającym wrogiem. Popołudniowe starcie było niezwykle krótkie. Nie przeszkodziło to jednak Rydcowi i jego drużynie w odniesieniu swojej „małej wiktorii”. Kiedy bowiem część zacniejszych rycerzy podjęła próbę otoczenia wojsk polskich Rydec, znający doskonale okoliczne tereny wraz ze swoim oddziałem odpędził ich na tereny w pobliże bagien znajdujących się w okolicach swego grodu i tam ich pokonał.

Kiedy dzielni wojowie wrócili do reszty na miejsce gdzie toczyły się główne walki tętent bitwy już ustał. Zapadał już bowiem wieczór, i zgodnie z średniowiecznym zwyczajem walki przerwano.

W chwili kiedy Rydec na czele swych wojsk zbliżył się do króla Władysława ten akurat przemawiał.

– Możni rycerze – mówił król – dzisiaj daliście dowód swej wielkiej miłości do Polski, gromiąc wroga o wiele od nas silniejszego, który od dziesięcioleci nie zaznał goryczy porażki. Dzięki wam, waszemu poświęceniu i odwadze zrozumiał on, iż Polacy to naród dumny i dzielny który nie pozwoli sobą pomiatać. Chwała wam wielcy panowie.

– Chwała Polsce! Chwała królowi Władysławowi! – rozległ się gromki okrzyk całej rycerskiej braci. Był on tak donośny, że o zwycięstwie na płowieckich polach usłyszano i w Brześciu i w Radziejowie na długo przed przybyciem tam królewskich heroldów.

– Dzisiaj – kontynuował król – przegrupujemy wojska. Jutro bowiem uderzamy ponownie aby zadać ostateczny cios.

Nazajutrz, jednak okazało się, że nieprzyjaciel, przewidując zapewne srogą zemstę jaka miała go spotkać, chyłkiem uciekł w kierunku Torunia, pozostawiwszy okoliczne pola usłane poległymi rycerzami w białych płaszczach. Ich pochówkiem zajął się biskup kujawski Maciej.

Jednak zanim zostali oni pochowani, oddziały polskie z królem na czele przemierzyły całe pole bitwy.

Kiedy dotarły w miejsce gdzie podczas drugiego ataku z częścią wojsk zakonnych zwarł się Rydec i jego drużyna ich oczom ukazał się straszny widok. Oto kruki w niewiarygodnie wielkich chmarach „ucztowały” rozszarpując ciała poległych.

Król Łokietek widząc jak wielka jest liczba poległych i jak wiele ptaków „dokańcza dzieło zniszczenia” zapytał; – Cóż za dzielni rycerze to uczynili? Gdzie ich znajdę?

– Ja, wraz ze swoją dzielną drużyną pobiłem tych rycerzy – odrzekł Rydec padając przed władcą na kolana.

– Znam cię rycerzu. Czyż to nie dalej jak wczoraj zatrzymałem się w twoim grodzie? Czyż nie ty jesteś panem tych ziem?

– Tak panie.

– Wstań więc. Od dziś po wsze czasy gród ten nazywać się będzie od twego imienia Rydcem aby zaś pamięć o tym co tutaj żeśmy zastali nie zaginęła dodatkowo krukowym zwać miejsce to będą.

W takich oto okolicznościach wieś która, niczym się nie wyróżniała spośród innych podobnych położonych na Kujawach stała się słynna dzięki bohaterstwu jej właściciela, który krzyżackiego rycerza na jej terenach pobił i dzięki krukom które martwych już krzyżaków gromadnie rozdziobywać zaczęły.

Na przestrzeni wieków pamięć o tych wydarzeniach zatarła się. Pozostała jednak nazwa wsi która z czasem nie Rydcem Kruków a Redczem Krukowym nazywana być zaczęła.

spisał Janusz Borkowski

Comments are closed